Przez 3 lata miałam okazję poznać na własnej skórze, jak to jest, kiedy w instytucji, w której się uczę, pracuje też jeden z rodziców - w moim przypadku mama. Nie wahałam się wybrać właśnie tej szkoły; cóż, w moim mieście nie ma wielkiego pola do wybrzydzania. Tak między nami, to miałam momenty, kiedy realnie myślałam o zmianie szkoły, ale tylko na początku. W ostatniej klasie nie odczuwałam niemal żadnego dyskomfortu z tytułu bycia córeczką pani profesor. Okazało się, iż miało to swoje wady i zalety. (Jezuito, czuję, jakbym rozpoczynała rozprawkę, co za okropny szkolny odruch bezwarunkowy)
Wiecie, jak to jest, kiedy ma się 8 lekcji, a kanapki już dawno zjedzone. Przychodzi wtedy ogromna ochota na coś słodkiego. Może batonik? Może słodka bułeczka? Albo zaraz jakiś sprawdzian, a tu nagle zaczyna ogarniać taka obezwładniająca senność na poprzedzającej go mało ciekawej lekcji... Kawa rozwiązałaby sprawę. Albo na dzień dobry zaczepia cię skarbnik i żąda pieniędzy na wycieczkę/ksero/radę szkoły, bo dziś jest ostatni termin. Zaczyna się przeszukiwanie kieszeni, portfela, a grosików brak. Wtedy ratunkiem była dla mnie mama! Biegłam czym prędzej do jej klasy, względnie do pokoju nauczycielskiego i wychodziłam ze zbawiennymi drobniakami.
Innym plusem było to, że nie musiałam kupować żadnych podręczników ani wypożyczać lektur, bo wszystko stało na półce w domu. Mama jest polonistką.
Fajne było też to, że wszystkie informacje - ważne i nieważne - docierały najszybciej. Moja klasa, ale też ludzie z innych, widzieli we mnie źródło wiadomości w rodzaju: kiedy jest wywiadówka, do którego trzeba wystawić oceny, czy to prawda, że profesor X jest na zwolnieniu lekarskim i nie będzie go przez cały tydzień... No właśnie, nie omijały mnie też smaczki z życia innych nauczycieli, nawet tych najsroższych i wzbudzających powszechną panikę. Inną sprawą było to, że nie wszystko mogłam - i chciałam - ujawnić, także plotek nie rozsiewałam.
Jednak zdecydowanie najlepszym atutem było bezproblemowe załatwianie korepetycji. Chemia, WOS, niemiecki - do wyboru, do koloru. Ponadto bardzo przyjemne były obniżki cen tych dodatkowych lekcji, a nawet całkowite gratisy ("Od znajomych nie biorę"). Zaś korepetycje z polskiego ("Nie wiem, co mam pisać, żeby wstrzelić się w ten klucz") czy przypominanie treści lektur przed sprawdzianem było możliwe nawet przy śniadaniu czy kolacji.
Nie wszystko, niestety, wyglądało tak kolorowo. O wszelkich uwagach i jedynkach mama była informowana na bieżąco, zwłaszcza na początku, kiedy i ja nie szczędziłam nauczycielom nerwów. Niektórzy wyjątkowo - i do końca mojej edukacji w tej szkole - upodobali sobie meldowanie każdej oceny i zachowania (nawet jeśli byłam grzeczna). Poza tym, pewne jednostki wykazywały naprawdę nadmierne zainteresowanie moją osobą, z przyczyn do dziś mi nieznanych... Wszyscy jednak, nawet nieświadomie, zwracali na mnie trochę większą uwagę niż to konieczne. Ale wyobraźcie sobie, jak przychodzicie padnięci do domu, a tu niemal od progu zaczynała się litania: Co to za kolejna jedynka z polskiego?! Dlaczego znowu rozmawiałaś na lekcji? Ile razy mam ci powtarzać, żebyś zachowywała komentarze dla siebie?! Coś ty znowu wyprawiała na angielskim? Uchhh, naprawdę nie polecam, jeśli jesteście typem niepokornym. Oczywiście wiązało się to także z tym, że najmniejsze niewinne wagary były wykluczone.
Trzeba było też pilnować się na korytarzu i całym terenie szkoły. Musiałam uważać na słowa, kiedy obrażałam jakąś nienormalną profesor Y, która znowu zrobiła niezapowiedzianą kartkówkę. Wypady na fajeczkę też odbywały się konspiracyjnie.
Mało przyjemny był ten brak anonimowości w szkole. Zdecydowana większość uczniów doskonale wiedziała, że jestem córką TEJ pani profesor. Na początku liceum czułam się naprawdę nieswojo, kiedy szłam sobie korytarzem i widziałam, jak starsi uczniowie patrzą w jakiś dziwny sposób... Sądziłam, że gapią się tak na wszystkich pierwszaków, aż uświadomiła mnie koleżanka z ówczesnej maturalnej: Oni wszyscy wiedzą. W ostatniej klasie miałam ubaw, kiedy słyszałam, jak jakaś grupa nieświadomych pierwszaków marudzi coś o mojej rodzicielce. Przechodząc obok, celowo mówiłam coś głośno, żeby ich zawstydzić i w duchu śmiałam się z ich skonsternowanych buziaków.
Cała sytuacja przez te 3 lata nie była dla mnie najbardziej komfortowa, dla mamy też nie. W końcu ileż można słuchać skarg i zażaleń, głównie nieuzasadnionych i niepotrzebnych? Sama przyznawała często, że to po prostu zawracanie głowy... ;) Cieszę się, że obie mamy już ten czas za sobą.





Jak byłam młodsza (jakoś w podstawówce) chciałam, żeby któryś z rodziców, a już szczególnie mama było nauczycielem i pracowało w mojej szkole. Nadal nie mogę uwierzyć, że chciałam coś takiego...
OdpowiedzUsuńSama w szkole miałam tylko daleką ciocię więc nie mogłam tego jakoś specjalnie wykorzystać ale nie było żadnego skrępowania.
OdpowiedzUsuńja miałam tylko kiedys ciocie w szole, ale to w podstawówce :) w gimnazjum było tak ze duzo nauczycieli znało moja mame, ale nie byl zadnch skarg. W liceum za to mam spokoj. Mi by pewnie bardziej przeszkadzal rodzic nauczyciel xD
OdpowiedzUsuńMamy w szkole na szczęście nie miałam, ale przez całe gimnazjum moją matematyczką była koleżanka mojej Mamy więc wszystkie meldunki w domu były na bieżąco. Z tym, że mnie to nie przeszkadzało wagarować i pyskować :D Gorzej miał przez to mój Braciszek, który zaczął to gimnazjum zaraz po mnie. WSZYSCY nauczyciele wiedzieli, że jest moim bratem :D
OdpowiedzUsuńU mnie na szczęście żaden z rodziców nie uczy w szkole, a nawet jeśli - jest na tyle dużo szkół, że na spokojnie mogłabym przejść gdzie indziej. Nie chciałabym mieć z nią kontaktu jeszcze w szkole, skoro nawet w domu nie potrafimy się dogadać.
OdpowiedzUsuńheartfalling.blogspot
Dlatego ja mimo wszystko nie chciałabym, żeby moja mama uczyła w szkole, albo pracowała jako ktokolwiek inny :)
OdpowiedzUsuńTrzy lata? Tylko trzy? Nie masz na co narzekać, seryjnie. Mama uczyła mnie dziewięć lat...Od pierwszej podstawówki do trzeciej gimnazjum. na przedmiotach angielski (do dziś jestem na nią wściekła, bo kompletnie niczego mnie nie nauczyła) historii, WOS'u, EDB i WDŻ- tak, to ostanie też, choć powinno być to zabronione prawnie. Wszystkie anegdotki co do życia rodzinnego były o mnie lub moim rodzeństwie no i sorry, ale własna matka uczące cię co to są kondomy...Odjazd totalny. Przez cały czas nie wiedziałam jak się do niej zwracać w szkole, więc mówiłam w formie jak najbardziej bezosobowej, przecież nie powiem ,,pani profesor"! Dopiero w szóstej klasie odważyłam się kupić sobie loda w sklepiku bez pytania mamy o zgodę. akurat stała na dyżurze, więc moment wybrałam nie najlepszy.
OdpowiedzUsuńCo gorsza, byłam w klasie z moją siostrą, klasę niżej był mój brat a trzy wyżej mój kuzyn. Za to przed mama uczyła tam moja babcia i wiele nauczycielek jeszcze ją pamiętało. W szkole byłam non stop otoczona rodziną, wspomnieniami, gadaniem typu ,,córka nauczycielki, więc nic dziwnego że ma dobre oceny!"
Oczywiście do liceum poszłam kompletnie sama... I takie wielkie uff...
Cóż, po wielu latach z mamą w szkole... Miałam podobnie jak Bukowina, kupa lat... Poszłąm do liceum, i trafiłam do klasy z dwójka byłych uczniów mojego taty (też nauczyciela), a do klasy równoległej chodzi była uczennica mojej mamy z innej niż moja szkoły. Aha, zapomniałam, ze moją wychowawczynią jest przyjaciółka taty z liceum, tego samego, w którym teraz sie uczę. To jest dopiero szał!
OdpowiedzUsuńTata odwozi cię na wyceiczkę i zaczyna gadać z twoją wychowawczynia o swoich młodych latach... Znajduje jej stare zdjecia klasowe... :P I choc podobno szłam do szkoły anonimowa, cień moich rodziców nigdy mnie nie opuszcza... Widzisz, zawsze może być gorzej :P
Chyba dziwnie bym się czuła mając mamę w szkole. Ale mam koleżanki, których mamy uczą u mnie w szkole i mogę popatrzeć jak one się w tej sytuacji czują. Z tego co zauważyłam, to niektórzy zwracają na nie zbyt dużą uwagę. ;)
OdpowiedzUsuńmoja bliska ciocia jest moją nauczycielką, więc wiem co to znaczy haha
OdpowiedzUsuńMam kolegę w klasie, którego mama uczy niemieckiego właśnie w naszym liceum. Kolega z tej racji często jest wypytywany, brany do tablicy, nauczyciele tak jakby go sprawdzali. Nie chodzi tu o to, że jest od nas lepszy, bo uczy się tak jak mu się podoba, jest oczytany i leniwy. Jako osoba znana przez nauczycieli taktowany jest nieco inaczej, bardziej się wyróżnia na tyle innych znajomych z klasy. Z pewnością bycie córką nauczyciela ma swoje plusy i minusy ;)
OdpowiedzUsuńJa w liceum miałam dwie koleżanki, które były córkami nauczycielek, w dodatku bardzo bliskimi kuzynkami. Pierwsza była córką naszej wychowawczyni. A druga córką mojej nauczycielki od matmy - siostry wychowawczyni. Nie chodziłam z nimi do klasy, gdyż byłyśmy na innych profilach, aczkolwiek wydawało mi się, że dziewczynom wcale nie przeszkadza fakt, że ich rodzicielki uczą w szkole, do której uczęszczają. Niestety, w trzeciej klasie niektórzy z uczniów - przyznam się, nawet ja - patrzyli na nie z lekkimi wyrzutami, gdy wszyscy zorientowali się, że plan lekcji dla maturzystów został ułożony właśnie pod te dziewczyny. Obie były w mat-fizie, jednak jedna chciała iść na prawo, więc koleś robiący plan musiał zrobić tak, by dziewczyna mogła z humanami uczeszczać na fakultety z polskiego, historii i WOSu, podczas gdy jej klasa miała zajęcia z rozszerzonej matmy lub fizyki. A pod drugą przyporządkowali plan mojej klasy, bo chciała iść na biochemię. Tymczasem - dam własny przykład - ja bardzo chciałam chodzić na fakultet z języka polskiego.W ostateczności dostałam propozycję przepisania się na profil humanistyczny. W ostatniej klasie? W życiu!
OdpowiedzUsuńNie było to fair, tym bardziej, że plan mojej klasy tak podlegał pod profil mat-fizu, że w ostateczności mieliśmy mnóstwo zbędnych okienek, a lekcje najwcześniej kończyliśmy o 15.10. Ale cóż "ważne są dzieci nauczycieli, co tam reszta n o r m a l n y c h uczniów"...
Ale z tymi korepetycjami to ja Ci zazdroszczę ;)
ja jakoś nie chciałabym mieć rodzica nauczyciela i jeszcze w mojej szkole. czułabym się kontrolowana na każdym kroku, a tak szkoła była dla mnie taką jakby ucieczką :)
OdpowiedzUsuńMoi rodzice niestety nie są nauczycielami, ale sama nie raz myślałam o tym, że fajnie byłoby mieć któregoś z nich za nauczyciela :D Tyle przywilejów, ale niestety wtedy zaraz rodzice wiedzą o wszystkim co w szkole się zrobi. No tak, to ma swoje plusy i minusy, ale jednak czasem bym się z Tobą zamieniła ^^
OdpowiedzUsuńMoja ciocia jest nauczycielką i była szansa, żeby mnie uczyła, ale nie wyszło. Za to uczyła oboje swoich dzieci i w zasadzie nikt nie narzekał - problem tylko taki, że uczyła j. polskiego a oni - chcąc nie chcąc - dobrzy byli i wszyscy podejrzewali że mama oczywiście im oceny podwyższa... ach te dzieci :)
OdpowiedzUsuńCóż, moi rodzice nie mają wykształcenia nauczyciela, więc miałam spokój. Jednakże mój sąsiad-wujo, dosłownie przez płot, uczył mnie 6 lat historii. Nie był typem donosiciela, ale czasami zdarzało mu się wpaść do mojej mamy z niezapowiedzianą wizytą. Zwykle nie czepiał się ocen czy zachowania, ale zawsze przychodził w sprawie zeszytu,a właściwie jego końca. Historia nigdy mnie szczególnie nie ciekawiła, więc te 2 godziny w tygodniu szkicowałam na końcu zeszytu. ;-;
OdpowiedzUsuńNigdy nie miałam takiej sytuacji ze wzgledu na to,że moi rodzice nie są nauczycielami. Ma to swoje plusy i minusy. W takich sytuacjach wie się o wielu rzeczach w szkole, ale z drugiej strony jest się stale kontrolowanym, więc w sumie się ciesze,że nie mam rodzica jako nauczyciela. Zazwyczaj takie sytuacje obserwuje z boku, bo miałam w klasie osoby, których rodzice są nauczycielami. Nie jest to złe pod warunkiem,że rodzic nie uczy swojego dziecka, bo osobiście uważam,że tak nie powinno być, chyba,że jest jeden nauczyciel z danego przedmiotu. Miałam w gimnazjum koleżankę, której mama uczyła w szkole, ale nie nas. Za to nasza wychowawczyni była przyjaciółką tej mamy koleżanki, więc zdarzyło się,że dziewczyna wiedziała od nadchodzącej niezapowiedzianej kartkówce. Raz zachowała się fair w stosunku do klasy i nam powiedziała. Ale posiadanie koleżanki mamy jako wychowawczyni wiązało się też z tym,że była ulubienicą nauczycielki.
OdpowiedzUsuńNa szczęście nigdy nie miałam takiej sytuacji i mieć nie będę. Udaje mi się czasami ukryć kiedy jest wywiadówka więc cieszę się z tej sytuacji którą mam;)
OdpowiedzUsuńczytam, czytam i bardzo podoba mi się twój blog. Ja mam co prawda tatę wuefistę, ale mnie to nie dotyczy
OdpowiedzUsuńCałe szczęście, że nie miałam takiej sytuacji w żadnej szkole. Chyba bym ześwirowała, bo po pierwsze nigdy nie lubiłam być w centrum uwagi, a po drugie nie chciałabym się stresować, bo czegoś nie mogę zrobić, bo mamusia patrzy albo dowiaduje się o tym od nauczycieli.
OdpowiedzUsuńnie zazdroszczę:D
OdpowiedzUsuńWszystko ma swoje plusy i minusy. Mi chyba nie bardzo odpowiadałaby taka sytuacja, lubię właśnie to, że nikt mnie przesadnie nie kontroluje i nie muszę bardzo uważać na to co robię, w obawie że na przykład mama się dowie, albo zauważy. :)
OdpowiedzUsuńUlala. Ja bym nie dała rady. Może z wymykaniem się na fejkę nie byłoby problemów - bo nie pale ale za to jestem straszną gadułą. Mama by się nasłuchała ;)
OdpowiedzUsuńŚwietnie opisałaś tutaj wszystko :) Mama mojej przyjaciółki pracuje w szkole do której chodzi i ona ^^
OdpowiedzUsuńMama mojego chłopaka była nauczycielką w szkole, do której chodziłam (ja i on) i uczyła mnie Wiedzy o kulturze. Kiedyś zapytałam M. jak to jest, kiedy uczy go własna matka. Powiedział tylko "strasznie". Tym bardziej mnie to zastanawiało, bo pomimo dobrych wyników w nauce 3/4 roku przewagarował i czy nie robiła mu z tego względu żadnych wyrzutów itp.
OdpowiedzUsuńzawsze sie zastanawiałam jak to jest ;)
OdpowiedzUsuńja miałam inaczej bo mama pracowała w instytucji państwowej - to dopiero miałam przechlapane :D
tak ;) na razie na jak dobrze pójdzie to na pół roku ;)
Usuńja do tej pory gubię sie w czasach - nie przejmuj się ^^
jak dawno mnie tu nie było, przepraszam za nieobecność ;)
OdpowiedzUsuńdo do Twojej mamy i Ciebie.. mi tam nigdy nie przeszkadzało, kiedy koleżanki mama była belferem, albo jej tata ;) nawet w sumie jak opisałaś zalety, czasem było to korzystne...ale o wadach też się słyszy, większe względy u nauczycieli zawsze mnie tylko denerwowały, no ale co zrobisz nic nie zrobisz ;))
fajnie że jakoś dałaś radę ;)))
Cholera, ja bym chyba była w stanie dostrzec tylko złe strony sprawy. Jakoś nie wyobrażam sobie, żeby ktoś z mojej rodziny pracował w mojej szkole. Czułabym się za bardzo... obserwowana. Ale skoro masz dobry kontakt z mamą i obie czułyście się w miarę komfortowo, to dlaczego nie! Chociaż czuję, że w pewnym sensie będziesz odczuwała ulgę, że masz ten etap już za sobą. :D
OdpowiedzUsuńMoja mama też jest nauczycielką, ale na szczęście mnie nie uczy :)
OdpowiedzUsuńChociaż chętnie poszłabym do niej na kawę
Też mam mam polonistkę! Jednak mam uczy w innym mieście, więc nie chodzę z nią do szkoły. (jak to brzmi xd)
OdpowiedzUsuńObserwuję (jeśli spodoba Ci się mój blog, również go zaobserwuj,sprawi mi to wielką radość)
Zapraszam:
unnormall.blogspot.com
Tez mam mame polonistkę, na szczęście nie pracuje w tym zawodzie, i dobrze, bo nie mialaby wielkiego wyboru w wyborze szkoly, podobnie jak u Ciebie. Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuńJejku, ja bym tak nie mogła. Lubię mieć rzeczy rozdzielone- dom, przyjaciół, chłopaka i szkołę. :)
OdpowiedzUsuńNie, nie mój, widziałam go jak byłam na rowerach :D
OdpowiedzUsuń